RSS

Budowa ryby

Widzisz wiadomości znalezione dla frazy: Budowa ryby






Temat: Pytanie do Mieszka: skąd przyjąć islam?
Porządkując kości niezgody... ;)
Na początek - przyjmuję do wiadomości Twoje wyjaśnienie nt. mojej
niezamierzonej sugestii. Wyjaśniam z kolei, że tym "kimś" uczącym imigrantów
wszystkiego-czego-trzeba nie jest u mnie jakaś konkretna osoba. Raczej -
duża grupa ludzi robiących to, co do nich należy, dobrze i wg dobrego planu.
Od burmistrza poprzez szkołę po "street workerów". I myślę, że to jednak wciąż
NIE funkcjonuje w sposób zadowalający. Najlepszym dowodem jest choćby to, że
dopiero TERAZ, po wybuchu, "znaleziono" jakieś pieniądze na mieszkania socjalne
dające szansę bodaj trochę "rozgęścić" i rozproszyć "enklawową" subkulturową
społeczność.

Co do porzekadła o "wędce i rybie" - przykłady dajesz nie całkiem trafne.
"Rybą" jest tu po prostu "socjal" - dobra darowywanie. Tu Twoje przykłady można
by uznać. "Wędką" natomiast - danie komuś, zamiast gotowych dóbr, możliwości
wypracowania ich sobie samemu. Mając wędkę nie będzie już głodował ani "męczył"
innych prośbami o ryby, bo będzie w stanie nałowić je sobie sam. Ale tu jest
mój dodatek do porzekadła - instrukcja. Chodzi mi o to, że - zarówno dosłownie,
jak i w przenośni - mając jakieś narzędzie, które INNYM służy dobrze, nie
zawsze jego posiadacz potrafi je równie dobrze wykorzystać. Może to być kwestia
kultury technicznej, sprawności manualnej, wiedzy ogólnej... Ale może też być -
i o to mi przede wszystkim chodziło - kwestia mentalności i tradycji, także tej
złej.

Jeśli dziecko wyrasta w rodzinie, gdzie nie ma wzorców stałej, regularnej pracy
zarobkowej, bo rodzice albo żyją z "socjalu" albo z kombinacji - nie jest winą
dziecka, że ono samo nie będzie potrafiło do takiej pracy wdrożyć się w
przyszłości - choćby podano mu ją na tacy. Ono oprócz dostania tej pracy - w
sensie etatu - musi odpowiednio wcześniej, zanim jeszcze dorośnie, zostać do
niej wdrożone. W przeciwnym wypadku rzuci ją i będzie powielać tryb życia
rodziców - i tak w kółko, z pokolenia na pokolenie. Jeśli ma przerwać ten
"zaklęty krąg", musi skończyć jakieś szkoły, przejść jakieś kursy zawodu i -
bardzo ważne - mieć wokół siebie pozytywne przykłady, których w domu - a bywa,
że w całej swej "enklawie" - nie ma. I to jest zasada ogólna, konieczna do
zastosowania zarówno w paryskich enklawach imigrantów, jak i np. w polskich
popegeerowskich wsiach. To MUSI kosztować, ale - dobrze prowadzone - zwróci się
w postaci mniejszego zapotrzebowania na "socjal" oraz mniejszej przestępczości,
czyli mniejszych szkód (np. mniejszej liczby spalonych samochodów) i mniejszych
funduszy wydawanych na policję.

Dalej podajesz bardzo kunsztowny przykład góry i autostrady. Owszem, coś
w nim jest, ale wg mnie nie oddaje on jednak dostatecznie dokładnie sytuacji,
którą omawiamy tutaj. Trzymając się nadal poetyki góry - moim zdaniem OD
SAMEGO POCZĄTKU należało: albo ograniczyć liczbę zjeżdżających, albo - kosztem
wysokich nakładów - tak ukształtować powierzchnię stoku, by nawet wielokrotny
wzrost liczby zjeżdżających nie spowodował osuwania lawin. Budowa autostrady
i towarzyszące jej wstrząsy przyspieszyły tylko to, co przy wciąż rosnącej
liczbie narciarzy, a bez w/w działań i tak było nieuchronne.

Dla wzmocnienia moich argumentów - kolejna obszerna, ale chyba zasadna,
dygresja.

Tak się złożyło, że wczoraj przeczytałem "Siłę Rozumu" O. Fallaci - coś
w rodzaju drugiego tomu "Wściekłości i dumy" będącej reakcją autorki na
11.IX.2001. Najogólniej - Fallaci podtrzymuje swoje tezy o groźbie Islamu dla
Europy zawarte we "W. i d." I tu typowe jest dla niej, że - formalnie apelując
do rozumu - nadal odwołuje się głównie do emocji. Nie twierdzę przy tym, że
oszukuje: wierzę, że fakty podane przez nią, a często "mrożące krew", są
prawdziwe. Manipulacją jest jednak jednostronność opisu oraz, gdy inaczej już
się nie da, zastępowanie argumentów sarkazmem. Tak jest w przypadku oceny
wpływów Orientu na kulturę europejską, czy negowania związku wybitnych umysłów
Orientu z kulturą Islamu. Tak jest też w epilogu, gdzie - bo tak i już -
uznaje, że Islam jest jak coraz brudniejsza sadzawka, gdy kultura europejska -
jak samooczyszczająca się rzeka. Konkluzja - dość wątła, jak na masę podanych
faktów: apeluje, by walczyć o zachowanie, wbrew wysiłkom Islamu, europejskiej
tożsamości i o wykorzystanie w tym celu siły rozumu. Tyle. Jak to robić, już
nie pisze.

Teraz refleksja nt. dygresji i powrót do meritum.
Fallaci w pewnym momencie używa argumentu, który mnie zaciekawił. Używa go
wprawdzie w konwencji "spiskowej teorii dziejów", ale jej konkluzja chyba jest
prawdziwa. Otóż Fallaci pisze, że napływ arabskich imigrantów do Europy
Zachodniej, znacznie przyspieszony w latach 1970-tych, jest "handlem wiązanym"
między ówczesnymi liderami Unii Europejskiej a "petrodolarowymi" szejkami. Że
zgoda na osiedlanie się oraz "przymykanie oczu" na legalność osiedlania i
legalność POSTĘPOWANIA tych imigrantów w Europie - była haraczem za "dającą
żyć" Zachodowi ilość sprzedawanej mu arabskiej ropy oraz jej cenę.

Myślę, że - pomimo spiskowej konwencji opisu - coś w tym jest. "Spisek" to
raczej nie był, ale słabość i pazerność liderów Zachodu przy braku politycznej
i ekonomicznej wyobraźni na pewno. No i termin. UE, zburzenie muru berlińskiego,
wojna w Iraku - to dopiero miało nadejść.

Co tylko potwierdza i dodatkowo uzasadnia moją tezę o tym, że "miłe złego
początki" były znacznie dawniej, niż twierdzisz. Oraz - DLACZEGO były.

W kwestii "czynnika kulturowego" tudzież ponadkulturowej frustracji napiszę coś
jutro - inszallah. Zbyt tego dużo, by "zbyć" to dziś. Dziś tylko jedna uwaga.

Piszesz:
"Pomijasz konsekwentnie to, że ja piszę o przyczynach kulturowych a nie
religijnych. To nie jest to samo."

Ja też twierdziłem tu i twierdzę nadal, że nie to samo. Ale pamiętam, że kiedyś
Ty sam pisałeś o wadze czynnika RELIGIJNEGO. Nie odwołałeś tej tezy (choć,
fakt, nie forsowałeś również), więc czasami wracam do niej. Ale może od pewnego
czasu wyważam otwarte drzwi?

Pozdrawiam

Marcq




Temat: O uzasadnianiu teizmu i ateizmu
rkcb napisał:

> Ateizm jest po prostu racjonalny - używa umysłu do myślenia.

To niezupełnie prawda. Wychowałem się na styku środowiska ateistycznego i
chrześcijańskiego i opierając się na moim wieloletnim osobistym doświadczeniu
mogę stwierdzić, że zarówno wśród ateistów, jak i teistów obok ludzi
niewątpliwie myślących nie brakuje też bezmyślności.

> Jak nie ma dowodu
> na istnienie jakiegoś bytu - bogów, krasnoludków, elfów, nimf, duchów
przodków i
> całej tej palety bytów, którą ludzkość powymyślała w ciągu swojej historii, a
> świat daje się wytłumaczyć bez ich istnienia to znaczy, że byty taki nie
> istnieją. Jak ktoś twierdzi inaczej to poproszę dowód - najlepiej na istnienie
> krasnoludków - podobają mi się ich czerwone czapeczki.

Nie ma dowodów na istnienie krasnoludków, elfów i bogów religii starogreckiej.
Rzeczywiście funkcjonowanie świata można bardzo dobrze wytłumaczyć bez ich
udziału. A co do możliwości udowodnienia (albo raczej potwierdzenia – bo dowody
to w matematyce albo logice) istnienia Boga religii monoteistycznej oraz
różnicy miedzy nim a krasnoludkami, to bądź łaskaw zajrzeć wyżej do tego, co
napisałem na ten temat w innych rozdziałach.

> Wierzący to osobnik nie
> potrafiący logicznie myśleć i głoszący tezę o prawdziwości bajek.

A więc zamiast uczciwej dyskusji wolisz obrzucanie się inwektywami?

> Co do luźnych przesłanek to mam jedną wynikającą z biologii. Patrzę na oko i
nie
> mogę uwierzyć, że dla tak podstawowego elementu można było wymyślić tyle
planów
> budowy! Oko kręgowca jest zbudowane inaczej niż głowonoga (głowonoga lepiej
pod
> względem konstrukcyjnym!!), nie mówiąc już o oczach owadów. I co? Mam
uwierzyć,
> że to wszystko jeden genialny superkonstruktor? A może jedno ojciec, drugie
syn,
> a trzecie duch? Nie mówiąc już o takich drobiazgach jak to, że ptaki i gady
> widzą cztery barwy podstawowe - w tym ultrafiolet, a ssaki dwie, dwie straciły
> jak żyły jako nocne zwierzęta - po za naczelnymi, które widzą trzy, ale tylko
> dwie z tych ptasich, bo trzecia wyewoluowała później z jednej z dwóch tych co
> została innym ssakom. Na to są niezbite dowody naukowe. Cała ewolucja, która
> działała i działa tu i teraz jest jedną z lepiej udokumentowanych teorii
> naukowych. I nie ma tam miejsca dla żadnych sił nadprzyrodzonych! Cały świat
> ożywiony dla mnie najlepsze potwierdzenie nie istnienia żadnego genialnego
> konstruktora. Tyle błędów konstrukcyjnych, ślepych uliczek, tracenia i
tworzenia
> na nowo różnych rozwiązań, podobieństw organizmów żyjących w jakimś środowisku
> mimo ich różnego pochodzenia (zając i królik, ryby, delfin i ichtiozaur np.)
to
> najlepszy dowód na przypadkowość i brak jakiegokolwiek plany w działaniu
> ewolucji.

No widzisz, a jednak potrafisz znaleźć ciekawy temat do dyskusji między teistą
i ateistą. Teoria ewolucji faktycznie jest bardzo dobrze potwierdzona i
faktycznie w procesie ewolucji dużą rolę odgrywa przypadek, nawet i tutaj
jednak jest pewna możliwość różnych interpretacji faktów. Ty na przykład – jak
przypuszczam – jesteś zwolennikiem tradycyjnego spojrzenia na ewolucję jako
brutalnego procesu przemocy i śmierci (co faktycznie może służyć za luźną
przesłankę dla niektórych ateistów). Można jednak na ewolucję spojrzeć tak, jak
to czyni Karl Popper (skądinąd wybitny ateista i wolnomyśliciel) w pracy "W
poszukiwaniu lepszego świata" (zobacz jego zbiór artykułów i wykładów pod tym
tytułem), w której prezentuje proces ewolucji jako stałe dążenie organizmów do
poprawiania warunków swojego życia, jako twórczy proces, na który składa się
wysiłek wielu jednostek w celu doskonalenia świata (a zwrotnie i siebie
samych). Takie spojrzenie na ewolucję może być zgodne z niektórymi przynajmniej
postaciami teizmu.

Rozważanie procesu ewolucji może faktycznie być źródłem wielu przesłanek
zarówno dla teistów, jak i ateistów, a dyskusja o nich może być bardzo ciekawa,
pod warunkiem, że partnerzy dyskusji powstrzymają się od inwektyw i wzajemnych
napaści.

> To samo jest z budową człowieka - tego szczytu doskonałości według
> wierzących, stworzonego na obraz i podobieństwo boga. I nie chodzi tu tylko o
> niedoskonałości fizyczne i nieprzystosowanie fizjologiczne do wielu ważnych
> funkcji wynikających z takiej, a nie innej drogi ewolucyjnej. Zastanawia mnie,
> co innego - jeżeli człowiek został stworzony na podobieństwo boga, to musi
także
> oznaczać podobieństwo psychiczne. I to w obie strony. Co to za bóg, który
tworzy
> podobne do siebie istoty, a potem skazuje je na takie cierpienia? Sadysta
jakiś?
> Jestem w stanie zrozumieć źródło i potrzebę religii - szczególnie u ludów
> pierwotnych. Ale rozwój ludzkości zmienia obraz świata i tak jak odrzucono
> ofiary z ludzi (no może nie wszyscy, to co robią islamiści, też można by uznać
> za jakąś formę ofiar z ludzi w imię wiary) tak samo jest czas na odrzucenie
> religii jako takiej.

Uzasadnianie nieistnienia Boga na podstawie niedoskonałości stworzonego świata
jest dopuszczalne (na poziomie luźnych przesłanek oczywiście) i może być
argumentem dla wielu ateistów, ale nie jest on decydujący, ponieważ teiści mogą
odpowiedzieć na to, iż chociaż świat daleki jest od doskonałości, to jednak Bóg
dał nam wiele narzędzi pomocnych w jego ulepszaniu i sam w tym ulepszaniu nam
pomaga. Oczywiście to drugie spojrzenie też nie jest żadnym definitywnym
argumentem na rzecz teizmu, ale na przykład mnie wydaje się całkiem sympatyczne
i bardziej sprzyjające twórczemu życiu.

(A tak przy okazji: jeśli ograniczymy się do teologii katolickiej, to
podobieństwo człowieka do Boga polega na jego rozumności, posiadaniu wolnej
woli i nieśmiertelnej duszy – chodzi tu o element duchowy).






Temat: Wakacje - parę refleksji
A więc wyjechaliśmy z nad mostu i pokierowaliśmy się żółtą drogą na Savnik -
urocza droga, piękne widoki na Durmitor, dużo kręcenia kierownicą i jak zwykle
szerokość na 1,5 auta :) Dojechaliśmy do Niksicia i popędziliśmy w stronę
granicy BiH. Wyszło nam że krócej i ciekawiej będzie przejechać żółtą drogą
przez góry nad zatoką Kotorską. Droga standardowa w 1/2 długości - 1,5 auta i
wiele zakrętów ale za to dojechaliśmy do wioseczek zapomnianych przez świat, co
więcej przejechaliśmy przez praktycznie w połowie opuszczone miasteczko. Parę
metrów za nim skończyła się droga asfaltowa i zaczął tłuczeń. Trwało to dobre
kilkanaście km - powód: budowa nowej drogi w miejscu starej i konieczność
przygotowania podłoża jako że droga będzie znacznie szersza. Jednak po tym
odcinku piękna szeroka droga nad samo wybrzeże, my jednak zjechaliśmy z niej i
przejechaliśmy starą drogą prowadzącą przez zamieszkałą okolicę. Po czym
zjechaliśmy nad zatokę. Widoki piękne, przejechaliśmy przez Perast gdzie
panowaliśmy się zatrzymać ale zmieniliśmy zdanie. Szybki przejazd do Bigovy i
też jakoś nam nie podpasowało więc pojechaliśmy korzystając z promu na drugą
stronę zatoki do Chorwacji. Oczywiście na granicy korek - wracaliśmy już potem
małym przejściem które jest absolutnie puste. Dojechaliśmy praktycznie do
pierwszego miasteczka przy granicy - Molunatu. Urocza mieścinka, fakt tłum
polaków ale cisza i spokój. Spędziliśmy tam noc i pół dnia i wróciliśmy do
Czarnogóry. Przejechaliśmy przez zatokę, obejrzeliśmy Kotor i pojechaliśmy na
południe. Budva to kurort w najgorszym tego słowa znaczeniu - tłum ludzi, ruch i
na dodatek budowa. Nic ciekawego. Pojechaliśmy dalej mając informacje że
znajdujące się nieopodal Petrovac na Moru i Sutomore są znacznie ładniejsze.
Nie myliliśmy się - w Petrovacu trafiliśmy na miejsce gdzie za skromniutki pokój
z łazienką w b.fajnym miejscu zapłaciliśmy w sumie grosze. Był tylko jeden
problem - brak klimy bardzo doskwierał. Ciekawostką był też gospodarz doskonale
mówiący m.in po angielsku. Bardzo miły gość.
Gdy już rozlokowaliśmy się postanowiliśmy odwiedzić koleżankę w Budvie. Chodziło
również o zobaczenie starówki wieczorową porą. Tłum był taki że na promenadzie
trudno było iść nie trącając innych. Tragedia.
Następnego dnia wybraliśmy się na plaże parę km za miasto. Plaża jak to plaża
kamienista, fajnie można było popływać z rurką i maską. Po 2h jednak nam się
znudziło, przebraliśmy się i pojechaliśmy nad jezioro Szkoderskie - wreszcie bez
dachu. Wybraliśmy trasę biegnącą górami nad tym jeziorem - przepiękne widoki,
droga standard na 1,5 auta. Dojechaliśmy do miasteczka położonego nad malowniczą
Rijeką Crnojevicą. Nigdy jeszcze nie jadłem tak pysznej ryby jak wyłowiony
stamtąd karp. Przejechaliśmy dalej i dotarliśmy do Cetinje. Senne spokojne
miasteczko. Następnie zjazd na wybrzeże nową i szeroką drogą z zapierającymi
dech w piersiach widokami.
Kolejny dzień to już przejazd do Albanii. Droga do granicy średnia, ale bez
niespodzianek. Przed granicą tankowanie do pełna na nowiutkim LukOilu i korek na
granicy... Wjazd do Albanii jest okupiony otrzymanie takiej dziwnej karteczki,
niestety jest po albańsku i nie jestem w stanie powiedzieć co tam jest oprócz
moich danych i blach auta. Wjechaliśmy. Pierwsze wrażania to całkiem niezłe
drogi. Normalne budynki itd. kraj jak kraj. Trochę gorsze wrażenie robi pierwszy
most za granicą na Bojanie i cygańskie domy stojące obok, ale obok budują nowy
most i po drugiej stronie rzeki stoją już normalne budynki. Jedziemy dalej -
ruch raczej normalny, nikt nie pędzi raczej wszyscy jadą równym tempem. Pierwsze
zwiedzanie czyli Kruje - nowa część raczej przeciętna, jak to Albańskie miasta,
ale zamek Skandergega naprawdę ładny i zadbany. Następnie dojechaliśmy do Durres
gdzie mieliśmy się początkowo zatrzymać ale niestety miasto zrobiło na nas
straszne wrażenie, beton beton i beton i śmieci. Pojechaliśmy więc dalej. Po
pewnym czasie skręciliśmy w stronę wybrzeża myśląc że za paroma pagórkami kryje
się miejsce gdzie możemy spędzić 2-3 dni na spokojnym wypoczynku. Niestety tam
gdzie dojechaliśmy było brudno i nikt nie umiał w żadnym z hoteli powiedzieć
słowa po angielsku... tylko włoski. Swoją drogą to chyba wszyscy albańczycy
mówią po włosku :) Co ciekawe droga dojazdowa do hoteli była... tzn. jej nie
było ;) W miasteczku oczywiście odbywał się swoisty targ więc rozgardiasz był
iście albański. Pojechaliśmy już dalej autostradą w stronę Fier. Miasto raczej
brzydkie przemysłowe, zajechaliśmy do nowego hotelu w centrum niestety był
jeszcze nie wykończony. W Albanii buduje się na potęgę. Robi się ciemno jednak
decydujemy się jechać dalej do Vlory to tylko ok. 60km. Niestety droga jest już
dość nierówna, mimo wszystko dojeżdżamy koło 9 do Vlory, przejeżdżamy b.obskurne
przedmieścia i ... zaczyna się niesamowity korek. 500m zabiera jakieś 1,5h.
Zastanawiamy się czy znajdziemy jakiś nocleg - w jednym hotelu już usłyszeliśmy
że mają komplet. Patrzymy jest, przy samym porcie na końcu głównej ulicy hotel
Paverasia, zajeżdżamy fontanna przed wejściem, nowy hotel o standardzie 4*. Z
drżącym sercem pytam jaka cena, choć przyznam że byliśmy tak zmęczeni że
zapłacilibyśmy dużo... a tu miła niespodzianka 40 euro za 2 osoby. Widok
wspaniały na centrum Vlory - praktycznie nowe miasto nad starymi 3 piętrowymi
blokami wyrastają nowe apartamentowce - podobno świadectwo tego że miasto jest i
było centrum przemytu. Idziemy na krótki wieczorny spacerek po mieście - nic
szczególnego ale można czuć się bezpiecznie. W knajpie jemy pyszną pizze i
idziemy spać.
Następnego dnia jedziemy zwiedzić wybrzeże i zdecydować czy zostajemy dalej w
Albanii czy jedziemy dalej. Znajduje się też przyczyna wczorajszych korków -
tunel łączący miasto Vlora z kurortem. Zaczynają się plaże i hotele. Fakt jest
brudno ale wybrzeże jest nie brzydkie. Po jakiś 20km zawracamy i podobno szkoda
bo najładniejsze wybrzeże zaczyna się właśnie dalej... ale to następnym razem :)
Wracamy na północ i odbijamy na Elbassan - droga świetna, na autostradzie
ograniczenie do 90 km/h i co 2km chłopcy radarowcy. W Elbassan wielka huta, i
mnóstwo innych zakładów w 80% opuszczonych. Straszące bloki, mimo dobrych dróg
brak pokryw na studzienkach. Co ciekawe pięknie wyremontowany kościół katolicki
a obok zniszczony meczet. Jedziemy dalej przez góry w stronę jeziora
Ochrydzkiego - droga dobra, po drodze oczywiście bunkry i opuszczone kołchozy,
fabryki i kopalnie... Przemysł tam raczej nie istnieje. Wspinamy się na górę -
piękny widok na dolinę za nami i jesteśmy na granicy z Macedonią...
cdn.



Temat: A Magelan byłą Chińczykiem?
A Magelan byłą Chińczykiem?
Sława!
Geografia Sto lat przed Europejczykami opłynęli świat
Chiński Magellan

W roku 1421 chińska flota pod dowództwem admirała Zheng He dotarła do
Ameryki - 70 lat przed Kolumbem, do Australii - 350 lat przed Cookiem, i
zamknęła pętlę wokół globu 100 lat przed Magellanem. Wyprawa została jednak
wymazana z kart historii przez samych Chińczyków jeszcze w XV wieku. Teraz
statek wielkiego żeglarza będzie zrekonstruowany.

Admirał Zheng He przyszedł na świat w 1371 roku. W latach 1405 - 1423
kierował siedmioma wielkimi wyprawami oceanicznymi. W czasie pierwszej
wyprawy - w roku 2005 przypada jej 600-lecie - okręty admirała przepłynęły
cieśninę Malakka i dotarły do Indii.

W trakcie kolejnych wypraw Zheng He zbadał Zatokę Perską i wschodnie wybrzeża
Afryki, wylądował na Madagaskarze. Coraz więcej historyków przychyla się do
zdania, że w roku 1421 wielka wyprawa pod dowództwem admirała dotarła do
zachodnich wybrzeży Ameryki. Wyprawie tej poświęcił dziesięć lat badań
Brytyjczyk Gevin Menzies, członek Royal Geographical Society; pływał śladami
Chińczyków, swoją wiedzę o ich dokonaniach zawarł w książce "1421 rok, w
którym Chińczycy odkryli Amerykę i opłynęli świat".

Niestety, Chiny zamknęły się programowo przed światem jeszcze w XV wieku,
dlatego dorobek w dziedzinie nawigacji chińskich żeglarzy przepadł dla świata
na całe stulecia. Europejczycy nie mieli pojęcia, że Chińczycy wynaleźli
magnetyczny kompas już w VII stuleciu, a pojęciem długości geograficznej
operowali blisko 400 lat przed Jamesem Cookiem.

Oceaniczny Lewiatan

Zespół geografów, historyków, inżynierów z Singapuru pracuje nad
zrekonstruowaniem statku flagowego floty admirała Zheng He. Gromadzone są
wszystkie dostępne relacje o wyprawach admirała. W sierpniu przyszłego roku w
Singapurze, podczas otwarcia wystawy poświęconej 600. rocznicy pierwszej
wyprawy, zaprezentowany zostanie zrekonstruowany statek admiralski. Była to
olbrzymia jednostka, imponująca wielkością nawet dzisiaj, przystosowana do
najdalszych rejsów oceanicznych (czego nie można powiedzieć o karaweli
Krzysztofa Kolumba).

Chińskie dżonki oceaniczne z przełomu XIV i XV wieku budowane były z drewna
tekowego. Długość kadłubów sięgała 444 chi (jednostka miary odpowiadająca 32
centymetrom), czyli 142 metrów, szerokość dochodziła do 50 metrów. Statki
takie mogły zabierać do 1000 osób. Dziób chińskiej dżonki - w miejscu, gdzie
na żaglowcu europejskim mocowano figurę świętego - zdobiła rzeźba węża,
mająca odstraszać złe moce. Statek wyposażony był w dziewięć masztów, na
których rozpinano czerwone jedwabne żagle.

Dyplomaci i naukowcy

Kadłub admiralskiego statku wyposażony był w 16 wewnętrznych przedziałów
wodoszczelnych, nawet całkowite zalanie dwóch z nich nie powodowało jeszcze
zatonięcia jednostki. Niektóre z nich celowo wypełniano wodą, aby trzymać w
nich ryby.

"Salon admirała mieścił się przy rufie na górnym pokładzie statku. Pod nim
znajdowało się 60 komnat dla zagranicznych ambasadorów i posłów ze świtami.
Ich konkubiny ulokowano w przyległych kajutach, z których większość
dysponowała balkonami z widokiem na morze. W mniej okazałych, choć nie mniej
obszernych, kabinach kwaterowali chińscy ambasadorowie - po jednym dla
każdego kraju, który flota miała odwiedzić" (Gavin Menzies). W odkrywczy rejs
zabrano matematyków, astronomów, inżynierów, architektów i przyrodników.
Kabiny ambasadorów przeznaczone były - w perspektywie - na laboratoria dla
naukowców, gdy dyplomaci wysiądą na lądach.

Na próżno

Yongle, trzeci cesarz z dynastii Ming, czuwał od 1406 do 1420 roku nad budową
słynnego Zakazanego Miasta (Pekin), a w nim pałacu cesarskiego i Świątyni
Nieba. Gdy budowa została zakończona, na uroczystości ogłoszenia miasta
stolicą przybyli władcy krain utrzymujących stosunki dyplomatyczne z Chinami.
Po uroczystościach wszystkich zgromadzonych cesarz rozkazał odwieźć do domów.
Czym? Właśnie flotyllą dżonek dowodzonych przez admirała Zheng He. Składała
się ze 107 dżonek oceanicznych. Po spełnieniu dyplomatycznego zadania admirał
został zobowiązany do dotarcia do krańców ziemi, zbadania ich i
podporządkowania Chinom. Biorący udział w rejsie kartografowie mieli rysować
przebytą trasę.

Zheng He wyruszył 8 marca 1421 roku. Powrócił w październiku 1423 roku.
Rozkazy wypełnił. Ale na tronie w Pekinie nie zasiadał już Yongle. Jego
następcy mieli inną wizję Chin. Rezultaty wyprawy nie zostały ogłoszone,
przeciwnie, zniszczono relację z podróży, flotę rozwiązano.

Krzysztof Kowalski

Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
www.pajacyk.pl
Ignorant
+++



Temat: TORONTO - fakty i informacje
Financial District 3

Scotia Plaza

Ten wysoki budynek ma interesujący kształt i wyróżnia się brązowym kolorem.
Wejście kryje duże atrium, a w części podziemnej znaleźć można prawdziwy
bambusowy gaj. Obok wznoszony jest hotel Ritz w miejscu, w którym parę lat temu
stał budynek z początku wieku. Jego wyburzenie, jak każde w tym rejonie, zostało
przyjęte z oburzeniem. Niestety nie zawsze można zachować stare budynki, które
świadczą o historii miasta. To problem większości miast amerykańskich, ale w
Toronto przynajmniej częściowo zapobiega się niszczeniu dziedzictwa przez
wkomponowywanie istotnych fragmentów starych budynków do nowych kompleksów
biurowych. Naprzeciw wejścia do Scotia Plaza przez długie lata stał parupiętrowy
blok wind niedokończonego biurowca Bay Adelaide Centre. Stało się tak po
załamaniu się boomu budowlanego lat 80, kiedy zapotrzebowanie na biurowce było
tak wielkie, że nikt nie zabezpieczał się umowami wynajmu. Dziś budowa nie
rusza, jeśli nie ‘sprzeda’ się 60-80 procent pomieszczeń. Właściciele działki
otrzymywali przez lata dochody jedynie z podziemnego parkingu i reklam
malowanych na wystającej ponad poziom ziemi betonowej strukturze. Marne
pocieszenie. Mało kto wie że za tą działką, i na tyłach domu towarowego The Bay,
znajduje się mały ogród i cieplarnia z odtworzonym deszczowym lasem tropikalnym.

Bank Of Nova Scotia 1951, 115m, 27 pieter. Scotia Plaza 1988, 275m, 68 pięter.
WZMH Architects

Dominion Bank

Na rogu Yonge/King wznosi się granitowy budynek, który niegdyś mieścił biura
Royal Bank czy Canadian Pacific, a gdy powstał w 1914 Construction Journal
określił tą prestiżową działkę jako centrum chciwości. Jednak dni chwały minęły
a budynek zaczął tracić blask. Dziś ma tu powstać luksusowy ‘suite-hotel’, który
odsłoni zapomniane przez lata detale. Sala bankowa na parterze ma marmurowe
podłogi i intrygujące zegary oprawione w mosiężnych wieżach. Ta zostanie
przekształcona przez znanego filantropa Mirvisha, w salę teatralną.

PATH

Trudno określić PATH jako atrakcję turystyczną, jednak jest to jedna z tych
dziwnych 'rzeczy', o których trzeba powiedzieć parę słów. PATH to lokalny system
podziemnych ulic i przejść, który jest największym tego typu obiektem na ziemi.
W zależności od źródła informacji ma od 13 do 17 km, a może zależy to od tego
jak się mierzy dziesiątki przejść i ciągów handlowych? Z resztą to i tak nie
jest tak istotne ponieważ po pierwsze co jakiś czas następne przejścia są
dołączane, a poza tym co za różnica ile dokładnie ma długości? I tak wszędzie
nie będziemy chodzić.

Jak ważną rolę spełnia ten system komunikacji, można zdać sobie z tego sprawę
podczas męczących upałów, burz czy zawieruch. Nad głowami szaleje nieujarzmiona
przyroda, a tu pod ziemią w komfortowych warunkach i temperaturze można przejść
całe centrum miasta.

W zasadzie początek PATH można liczyć od 1900 roku, kiedy to dom towarowy
Eaton's połączył podziemnym przejściem swój aneks. Ale właściwa sieć podziemnych
ulic powstała wraz z rozwojem Financial District, stworzonym głównie w czasie
boomu lat 70tych. Każdy nowy biurowiec przeznaczał jedno lub dwa piętra pod
ziemią na ciąg handlowy i przyłączał się do sąsiednich biurowców. Pomysł podobał
się zarówno architektom jak i mieszkańcom.

Efektem jest całe miasto, które mogłoby funkcjonować autonomicznie. Są tu ponad
1.100 sklepy, domy towarowe i centra handlowe, 5 stacji metra, stacja kolejowa,
stacja autobusów dalekobieżnych, obiekty sportowe, filharmonia, teatry, kina,
restauracje i kawiarnie, punkty usługowe, 52 biurowce, giełda papierów
wartościowych, hotele i parę domów mieszkalnych. Około 55 milionów ludzi rocznie
przemierza tą podziemną ścieżkę (path to po angielsku scieżka). Praktycznie
godziny 'życia' tego tworu, to godziny pracy. Wtedy panuje tam czasem nawet
spory tłok, choć z systemu można korzystać także później. Jest tu bezpiecznie,
jak wszędzie w Toronto, a dodatkowo korytarze są monitorowane przez kamery i
ochronę poszczególnych biurowców.

Sama nazwa PATH została nadana dopiero w 1992 roku, funkcjonuje także generyczna
'Underground City'. Ponieważ jest tu trudno zorientować się gdzie jesteśmy,
kolorowe oznakowanie graficzne wskazuje strony świata, a do tego naniesione są
nazwy ulic i budynki, które się mija. Czy raczej do których się wchodzi. Są to
punkty odniesienia, które pozwalają zorientować się w tym swoistym labiryncie.
Co jakiś czas można przyjrzeć się ściennej mapie systemu z zaznaczonym miejscem
pobytu. Zawsze jednak może przydać się mapka, którą lepiej mieć przy sobie
(gratis w informacji oraz na stronach miasta www.city.toronto.on.ca).

Hotele:
Cambridge Suites (15 Richmond St.E., tel:416-368-1990, www.cambridgesuiteshotel.com)
Hilton (145 Richmond St.W., tel:1-800-267-2281, www.hilton.com)
Quality Hotel Downtown (111 Lombard St., tel:416-367-5555,
www.toronto.com/qualityhotel)
Sheraton Centre (123 Queen St.W., tel:1-800-325-3535, www.sheratontoronto.com)
The Fairmont Royal York (100 Front St.W., tel:416-368-2511, www.fairmont.com)
The Strathcona Hotel (60 York St., tel:1-800-268-8304, www.thestrathconahotel.com)
Victoria (56 Yonge St., tel:1-800-363-8228, www.toronto.com/hotelvictoria, od $110)

Niektóre z lokali:
Armadillo Texas (146 Front St.W., tel:416-977-8840) texańska.
Bardi’s (56 York St., tel:416-366-9211) steak house.
Canoe (TD Centre, 66 Wellington St.W., tel:416-364-0054) kanadyjska na 54 piętrze.
Denison’s Brewing Company (75 Victoria St., tel:416-360-5877) mikrobrowar i
restauracje: growler’s Pub, Conchy Joe’s, Oyster Bar, Louie Brasserie
Elephant & Castle (212 King St.W., tel:416-598-4455) angielski pub.
Far Niente (187 Bay St., tel:416-214-9922) kalifornijska.
Fisherman’s Wharf of San Francisco (68 Richmond St.W., tel:416-364-1344,
www.fwl-toronto.com) owoce morza.
Jump Cafe (18 Wellington St.W., tel:416-363-3400)
Little Anthony’s (121 Richmond St.W., tel:416-368-2223) jagnięcina i ryby,
wołowina ‘Black Angus’.
Mediterra (133 Richmond St.W., tel:416-861-1211) dania śródziemnomorskie, owoce
morza.
Movenpick Marche (BCE Place, 42 Yonge St., tel:416-366-8986) niesamowita
eklektyczna restauracja pod jednym dachem.
Movenpick Masquerade (BCE Place, 181 Bay St., tel:416-363-8971) niesamowicie
kolorowy wystrój.
Senator (249 Victoria St., tel:416-364-7517) steak house i jazz club.
Szechuan Szechuan (First Canadian Place, 100 King St.W., tel:416-861-0124) chińska.
The Fish House (144 Front St.W., tel:416-595-5051) owoce morza.
Tundra (145 Richmond St.W., tel:416-869-3456) kuchnia kanadyjska.
Zoom Cafe (18 King St.E., tel:416-861-9872)



Strona 3 z 3 • Wyszukano 101 wyników • 1, 2, 3